W Ich związku najpiękniejszy był bezsprzecznie wspólny brak pamięci długotrwałej.
To z tej cudownej przypadłości wypadały wszystkie wspólne poranne śniadania do łózka, następujące zazwyczaj po burzliwych kłótniach; upojne noce następujące po dniach cichych; wspólne trzymanie się za ręcę na spacerach, tymi samymi dłońmi, które godzinę wcześniej służyły do ciskania wazonami o ścianę.
To dzięki temu Ona pozwalała Mu wracać do siebie raz, za razem (a On popełniał nieustannie te same błędy); z niej wynikały Jego rzewne przeprosiny, gdy wreszcie umykało Mu z pamięci to, że przecież nie zdarza Mu się ustępować.
Dzięki temu wciąż pozostawali razem, wciąż roześmiani, On - głaszcząc Ją po policzku, Ona - przeczesując dłonią jego włosy.
Czasami, gdy zasiadał na krawędzi swojego balkonu, zdawało mu się, że to wszystko to może jednak być miłość.
Ale nie - to przecież to może być prawda.
To wszystko przez tę cholernie słabą pamięć.