Sonny (choć właściwie powinienem był napisać: Süleyman) jest bohaterem entropicznym.
Nie zaznawszy kary Lady Macbeth; naznaczenia rodzimego dla Balladyny; wolny wreszcie (a może przede wszystkim) od klątwy Dorianowej - ustawicznie i nieodwracalnie zmierza w kierunku swej autodestrukcji. Wierny ideałom Arystypa, którego nauk znać przecież nie mógł i nie może; w duchu hedonizmu i cyrenaików zatraca się w życiu codziennym, przyjemności uznawszy za dobro najwyższe.
Zbyt wcześnie, by zrozumiał, że istnieje tak duża różnica pomiędzy przyjemnością, a szczęściem.
Zadufany w sobie, skłonny do uzależnień i używek - zwłaszcza alkoholu i pięknych kobiet; zbyt wcześnie, by mógł uświadomić sobie, że jest pijakiem, a jego codzienne zapewnienia o porzuceniu picia to nic innego, niż mrzonki.
Prędkość, przepych i taniec.
Rozpęd, zapomnienie i pewność siebie.
Zdrada, adrenalina i miłość.
Wolność.
Swoboda.
Swawola.
I choć Sonny pozostaje świadom smutnej konieczności wyborów (w końcu toczy się w Nim wewnętrzny dramat oportunisty!); choć przewiduje częściowo przyszły rozwój wypadków - stara się pozostawić troski daleko w tyle (obok?) - tkwi w tym jakaś nuta obawy.
Sonny obawia się, że drogi, którymi podąży, będą zgubne.
Lecz wydaje mu się to nie przeszkadzać.
W końcu chwile ulotne mogą radości dać bezsprzecznie najwięcej,
a pokusom tak ciężko odmówić.
Sonny - esteto - Ty draniu pozbawiony asertywności wobec whisky i pięknych kobiet.