Dziś o czternastej wróciłem z wyczekiwanych wakacji.
O piętnastej dowiedziałem się, że mój Znajomy (nienawidzę tego, że kultura portali społecznościowych zdegradowała słowo znajomy do desygnatu kogoś, kogo ma się tylko na przydługiej elektronicznej liście - i tyle - nic więcej; zwłaszcza, że nie przepadam za słowem kolega) popełnił samobójstwo.
Mój Znajomy nie żyje, a jego pożal się panie Boże (tak, tak - wciąż pamiętam o tym, że Cię nie ma; spokojnie) przyjeciele umieszczają nowe filmy na swych stronach głównych, czy jak tam je zwą; szczęście, że zostałem poinformowany telefonicznie.
Z reguły nie cierpię pogrzebów, a w szczególności sytuacji, w której się teraz znalazłem.
Znałem Go jako żywego człowieka; a On już nim nie jest; a jednak - chyba istnieje zakopana (choć słowo to wydaje się tu zdecydowanie nie na miejscu) gdzieś głęboko - nuta przyzwoitości która nakazuje pojawić się i odstać swoje w ostatnim kondukcie milczenia.
"Odstać", cholera - nie sądzisz A. - że to tak strasznie niewiele w obliczu szumnego ostatniego pożegnania?
Pożegnania Kogoś, Kogo w sumie ledwie się znało - bo cóż więcej można powiedzieć o koegzystencji w liceum, wypitych wspólnie w pubach piwach, kilku wycieczkach i zbereźnych dowcipach na szkolnym korytarzu? Cóż można powiedzieć o trzech latach sporadycznych (wręcz - znikomych) kontaktów, gdy nagle człowiek dowiaduje się - że ktoś, kogo się tylko trochę znało - i to jest w tym wszystkim chyba najgorsze - ta "troszka znajomości": wszak nikt bliski - po bliskim smutek byłby chyba uzasadniony, a kondolencje i żal szczere - umiera w takich okolicznościach.
Czy można w tej sytuacji zrobić dla Niego coś więcej, niż po prostu "odstać"?
Czy tylko tyle w tym wypadku nie oznacza czasem - "aż"?
-------
Czerwień będziecie mi musieli wybaczyć.
Podkreślając wyższość drugiego czytania nad impulsywnymi wiadomościami.
A. zrozumie różnicę.