#130 (124), jest tu nas dwu. 2012-01-27 14:18:10

Spojrzałem dziś w lustro.
Tam znowu Ty.
Po tym wszystkim, zaczynam Cię już nawet lubić.
Tolerować.

Powiedzi mi -
Kim dzisiaj jesteś?
Kim byłeś wczoraj?
Kim będziesz?

Powinniśmy w końcu poważnie porozmawiać.
W końcu spoglądamy na siebie z uwagą każdego ranka.

skomentuj (2)

#129 (123), o pamięci 2011-12-09 14:22:59

W Ich związku najpiękniejszy był bezsprzecznie wspólny brak pamięci długotrwałej.
To z tej cudownej przypadłości wypadały wszystkie wspólne poranne śniadania do łózka, następujące zazwyczaj po burzliwych kłótniach; upojne noce następujące po dniach cichych; wspólne trzymanie się za ręcę na spacerach, tymi samymi dłońmi, które godzinę wcześniej służyły do ciskania wazonami o ścianę.

To dzięki temu Ona pozwalała Mu wracać do siebie raz, za razem (a On popełniał nieustannie te same błędy); z niej wynikały Jego rzewne przeprosiny, gdy wreszcie umykało Mu z pamięci to, że przecież nie zdarza Mu się ustępować.

Dzięki temu wciąż pozostawali razem, wciąż roześmiani, On - głaszcząc Ją po policzku, Ona - przeczesując dłonią jego włosy.

Czasami, gdy zasiadał na krawędzi swojego balkonu, zdawało mu się, że to wszystko to może jednak być miłość.

Ale nie - to przecież to może być prawda.
To wszystko przez tę cholernie słabą pamięć.

skomentuj (17)

#128 (122), dawno mnie tu nie było. 2011-11-26 16:35:46

Pisarz tym razem siedzi na biurku.
W ustach gryzie ołówek, kartki - ułożone zadziwiająco schludnie na teksturowej podkładce na jego kolanach, pokryte zostały literami kreślonymi szarym atramentem.
Czas płynie.
Pisarz zastanawia się dziś nad wieloma rzeczami.
Nad starymi kochankami i nowymi przyjaciółkami.
Nad fenomenem zakazanego owocu i zdrady.
Nad sobą.
Przede wszystkim - nad sobą.
Otwarta butelka vermouthu dogorywa porzucona na ziemi. Dostał ją w prezencie, ale już nawet nie pamięta, od kogo. Ostatnimi czasy zaczął się nawet oszukiwać trochę bardziej - przed lustrem wciąż spogląda na siebie z nieskrywaną pogardą, gdy widzi papierosa wetkniętego za ucho i koniuszek zapalniczki wychylający się z kieszeni marynarki - prawdziwy problem kryje się jednak w opróżnionych kieliszkach i szklankach, które z uporem maniaka pozostawia w najróżniejszych kątach swojego mieszkania (w szczególności - w wannie) - choć przecież nie zdarza mu się pić w domu.
Dziś nie pisze o Niej. Przestał o Niej pisać, gdy wreszcie wyleczył się z tragedii ludzkiego odchodzenia, z niespodziewanej i nieuchronnej śmierci, ze smutku przemijania. Trwało to zdecydowanie za długo (choć przecież tak trzeba), zbyt śmiało, zbyt wylewnie. Teraz jest już spokojny i stonowany. Ona jest brunetką (choć on podobno woli blondynki), jest inteligentna i piękna.
On jest oszustem i manipulantem. Ponoć cholernie inteligentnym, choć to tylko poza - on temu wiary nie daje (co dziwne, bo z jego zadufaniem w sobie może konkurować tylko jego niewierność), ponoć - jest w nim nawet coś pociągającego - ta magiczna plątanina nieciekawych elementów i składników, które w sumie budują obraz fascynujący i oryginalny (a w życiu nie ma przecież niczego gorszego, niż przeciętność).
Dzisiejszego wieczora pisarz zadaje sobie (może właściwie - stara się sobie zadać, od ostatnich kilkunastu minut spod jego palca nie wypłynęła chociażby jedna litera) jedno, proste pytanie.

"Kim jestem? [obwieszcza ze strachem pierwsza strona ułożonego stosu]
Tym infantylnym, wiecznie roztrzepanym chłopakiem (facetem?) o ciętym, ale dziecinnym dowcipie, szalonym usposobieniu i raczej oportunistycznym podejściu do każdego jej słowa? Tym słodkim, na pozór niewinnym człowiekiem, spokojnym, który nie skrzywdziłby muchy, ciepłym i wyrozumiałym? Wieczorami - zaspanym i zabieganym?
Czy może tym drugim - tym, którym staję się po nocach, w każdej chwili zabawowego szaleństwa - egocentrycznym dupkiem («on jest dupkiem, bo chce być dupkiem» - touché!), nie stroniącym od alkoholu i kobiet, zakręconym w tangu i w swoim szaleństwie, spontanicznym, ale raczej - krzywdzącym ludzi. Opryskliwym i mówiącym z tym irytującym, sztucznym akcentem, z którym pewnego ranka obudził się w kraju zachodnich sąsiadów. Tym, wygłaszającym libertyńskie poglądy o życiu, seksualności i łóżkowych trójkątach."

Pozostaje tylko kwestia odpowiednio postawionego pytania -
czy nie powinno brzmieć bardziej:
Którym chciałbym być?

skomentuj (17)

#127 (121), o iluzjach 2011-09-05 23:38:33

Cechuje nas niesamowity dar do popadania w świat iluzji i czarów. Mistyfikacji. Wynika to chyba z naszej fascynacji i zapału do nadawania nazw i oblekania w ramy definicji wszystkiego, z czym przyszło nam się zetknąć po raz pierwszy.

Przyspieszone oddechy i nerwowe bicie serca zwykliśmy na przykład nazywać - miłością.
Uczucie pustki i niemoc znalezienia dla siebie miejsca we własnych czterech ścianach w chwilach samotności - tęsknotą.
Błędy...
Błędy zwykliśmy z grymasem kapitulacji na twarzy zamiatać pod dywan, po cichu, tak - by nigdy juz więcej nie musieć o nich mówić.

Rozczarowania wynikają w sporej mierze z dysonansu pomiędzy tym, co sobie akurat uroiliśmy, a tym, co stanowi (przynajmniej na pozór) obiektywną rzeczywistość. Skonfrontowania ze smutną koniecznością spojrzenia prawdzie w oczy dostrzegamy wreszcie nierealność świata, w którym się dotąd obracaliśmy.

Niestety - czasami różnice, które zauważamy z opóźnieniem przerażają nas tak bardzo, że boimy się nawet nakierować nasze życie na właściwy tor.

skomentuj (18)

#126 (120), o kolorach 2011-09-01 00:25:05

Nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego, ale kobiety nieustannie przywodzą mi na myśl kolory atramentu.

K., dla przykładu - była jak indygo. Skrywała w sobie nutkę czarnej tajemnicy i zielonego zepsucia. Niczym linia kreślona cienką stalówką na kartce, początkowa była nijaka, mieniła się feerią nieciekawych odcieni z przewagą żółci; by po czasie zdobić stronę majestatyczną, oryginalną linią - zadziwiająco ułożoną, jak na zespół odcieni składowych.
Niestety - z indygo po latach blaknie czerń, a gorycz zieleni pozostaje o tyle przeciętna, o ile nieznośna.

J. bez wątpienia była niebieskim. Niebieski to kolor zadziwiający - pospolity, a przy tym na tyle efektywny, że ludzie lgną do niego i zachwycają się szablonowo lekkim zawijasem wypisanym na kartce. Problem z niebieskim atramentem jest taki, że choć bez wątpienia piękny, w końcu się nudzi - a zafascynowany dotąd pisarz nagle zdaje sobie sprawę z faktu, że kolor, który wziął za bajecznie intrygujący, w istocie nie różni od setek innych wypełniających cudze kałamarze.
O niebieskim, po czasie, można powiedzieć tyle, że kiedyś wypełniał nasze pompki i kartridże, a potem - przeminął, gdy odkryliśmy kolory ciekawsze, pełniejsze.

A.* miała w sobie coś z radości czerwieni. Czerwień jest kolorem niezwykłym - każda uczyniona nią kreska początkowo wydaje się nierówna, szalona, a przy tym - tak ciepła i promienna, że nie sposób nie zwrócić na nią uwagi - o ile tylko jest się na tyle wytrwałym, by wpatrywać się w stronę wystarczająco długo - jaskrawa czerwień męczy wzrok i razi.
Czerwień, gdy płowieje, przybiera barwę ciemniejszą - z biegiem czasu blakną światła i pozostają tylko cienie, a to, co było początkowo w czerwieni fascynujące - odchodzi, jak i kolor matowieje, gdy czerwień przemienia się w burgund (a szkoda). Ten zaś jest zdecydowanie zbyt chłodnym kolorem, by szukać w nim wrażenia dawnej czerwieni.

Ż. nieodmiennie kojarzyć będzie mi się z tuszem o kolorze szarym. I nie chodzi tu (tylko) o to, że ze wszystkich kolorów atramentów ten zawsze darzyłem szczególnym sentymentem i wśród palety barw zawsze stanowił mój ulubiony. Szary to kolor majestatyczny - pełny niesztampowej elegancji i wdzięku. Nietypowy, rzadko spotykany, wyszukany. Atrament to chłodny, ale zarazem magnetyczny - wywołujący na ustach czytelnika grymas zdziwienia - skąd pisarz był w stanie tak niezwykły kolor wydobyć. I choć szary na pierwszy rzut oka może wydawać się jednolity - nie sposób po dłuższym badaniu dojść do wniosku, że oto mieni się on się on całą paletą odcieni składowych. Są w nim żółcie (choć jest ich niewiele), punkty ciemniejsze, niemalże czarne. Odbija się w nim nutka pomarańczy (która nie razi podobnie jak czerwień) i odcienie ziemi.
Szary atrament jest w istocie niezwykły.
Uwielbiam nim pisać.

-------
* - wszelka zbieżność z A. z notatki #123 (117) czysto przypadkowa.

skomentuj (2)

#125 (119), lord Henryk Wotton 2011-08-25 17:25:34

Z poniższych słów, prócz niewielkich korekt odnośnie dostosowania dialogu literackiego do kształtu notatki z bloga, ani jedno słowo nie jest moje, wszystkie zaś należą do Oscara Wilde'a.

"Ludzie, którzy tylko raz w życiu kochają, są właśnie prawdziwie płytcy. To, co oni nazwyają wiernością, ja nazywam osłabiającym wpływem przyzwyczajenia lub brakiem wyobraźni. Wierność jest dla życia uczuciowego tym, czym stabilizacja dla życia intelektu - mianowicie przyznaniem się do niepowodzenia. Wierność? (...) Mieści się w niej namiętność posiadania. Mieści się w niej wiele rzeczy, które byśmy chętnie odrzucili, gdybyśmu się nie obawiali, że je podniosą inni."

skomentuj (14)

#124 (118), Sonny. 2011-08-21 01:48:01

Sonny (choć właściwie powinienem był napisać: Süleyman) jest bohaterem entropicznym.

Nie zaznawszy kary Lady Macbeth; naznaczenia rodzimego dla Balladyny; wolny wreszcie (a może przede wszystkim) od klątwy Dorianowej - ustawicznie i nieodwracalnie zmierza w kierunku swej autodestrukcji. Wierny ideałom Arystypa, którego nauk znać przecież nie mógł i nie może; w duchu hedonizmu i cyrenaików zatraca się w życiu codziennym, przyjemności uznawszy za dobro najwyższe.

Zbyt wcześnie, by zrozumiał, że istnieje tak duża różnica pomiędzy przyjemnością, a szczęściem.

Zadufany w sobie, skłonny do uzależnień i używek - zwłaszcza alkoholu i pięknych kobiet; zbyt wcześnie, by mógł uświadomić sobie, że jest pijakiem, a jego codzienne zapewnienia o porzuceniu picia to nic innego, niż mrzonki.

Prędkość, przepych i taniec.
Rozpęd, zapomnienie i pewność siebie.
Zdrada, adrenalina i miłość.
Wolność.
Swoboda.
Swawola.

I choć Sonny pozostaje świadom smutnej konieczności wyborów (w końcu toczy się w Nim wewnętrzny dramat oportunisty!); choć przewiduje częściowo przyszły rozwój wypadków - stara się pozostawić troski daleko w tyle (obok?) - tkwi w tym jakaś nuta obawy.

Sonny obawia się, że drogi, którymi podąży, będą zgubne.

Lecz wydaje mu się to nie przeszkadzać.

W końcu chwile ulotne mogą radości dać bezsprzecznie najwięcej,
a pokusom tak ciężko odmówić.

Sonny - esteto - Ty draniu pozbawiony asertywności wobec whisky i pięknych kobiet.

skomentuj (1)

#123 (117), List do A. 2011-08-11 00:23:39

Dziś o czternastej wróciłem z wyczekiwanych wakacji.

O piętnastej dowiedziałem się, że mój Znajomy (nienawidzę tego, że kultura portali społecznościowych zdegradowała słowo znajomy do desygnatu kogoś, kogo ma się tylko na przydługiej elektronicznej liście - i tyle - nic więcej; zwłaszcza, że nie przepadam za słowem kolega) popełnił samobójstwo.

Mój Znajomy nie żyje, a jego pożal się panie Boże (tak, tak - wciąż pamiętam o tym, że Cię nie ma; spokojnie) przyjeciele umieszczają nowe filmy na swych stronach głównych, czy jak tam je zwą; szczęście, że zostałem poinformowany telefonicznie.

Z reguły nie cierpię pogrzebów, a w szczególności sytuacji, w której się teraz znalazłem.

Znałem Go jako żywego człowieka; a On już nim nie jest; a jednak - chyba istnieje zakopana (choć słowo to wydaje się tu zdecydowanie nie na miejscu) gdzieś głęboko - nuta przyzwoitości która nakazuje pojawić się i odstać swoje w ostatnim kondukcie milczenia.

"Odstać", cholera - nie sądzisz A. - że to tak strasznie niewiele w obliczu szumnego ostatniego pożegnania?

Pożegnania
Kogoś, Kogo w sumie ledwie się znało - bo cóż więcej można powiedzieć o koegzystencji w liceum, wypitych wspólnie w pubach piwach, kilku wycieczkach i zbereźnych dowcipach na szkolnym korytarzu? Cóż można powiedzieć o trzech latach sporadycznych (wręcz - znikomych) kontaktów, gdy nagle człowiek dowiaduje się - że ktoś, kogo się tylko trochę znało - i to jest w tym wszystkim chyba najgorsze - ta "troszka znajomości": wszak nikt bliski - po bliskim smutek byłby chyba uzasadniony, a kondolencje i żal szczere - umiera w takich okolicznościach.

Czy można w tej sytuacji zrobić dla Niego coś więcej, niż po prostu "odstać"?

Czy tylko tyle w tym wypadku nie oznacza czasem - ""?

-------

Czerwień będziecie mi musieli wybaczyć.
Podkreślając wyższość drugiego czytania nad impulsywnymi wiadomościami.
A. zrozumie różnicę.

skomentuj (4)

#122 (116); pokrótce 2011-07-21 21:28:38

Czas najwyższy
przestać bać się
wielkich słów.

Czasami jeden człowiek,
może,
swym banalnym postępkiem
zrujnować wiele.

Problemy dzielą siętylko na dwie grupy.

Więc nie ma co się przejmować.

skomentuj (3)

#121 (115); dzięki Ci Boże (choć tak - wiem, że Cię nie ma) 2011-06-28 23:34:39

Grecja (na łeb na szyję leci,) upada.
Hiszpania w buncie, młodzi ręce w geście protestu wznoszą do nieba.
Francja i Włochy się boją, one będą następne w kolejce.
Schengen staje się fikcją.
Imigranci - wrogami;
Stabilność - marzeniem, a frank --
O franku szwajcarskim nie ma co mówić.

Ekonomiści (choć nie tylko rzecz jasna), którzy problem przed kilkunastoma miesiącami; przed kilkuma laty - zamietli pod dywan - chowają głowę w piasek, obserwują - powolny upadek, chaos i szaleństwo.

Sto
Trzydzieści
Miliardów.

And counting.

Czytając gazety;
nareszcie zacząłem wierzyć słowom, w które dotąd -
w związku z brakiem wielkiej wojny i jakiejkolwiek poważnej rewolucji -
nie przyszło mi dawać żadnego znaczenia:

Dzięki Ci Boże,
że przyszło mi żyć
w ciekawych czasach.

skomentuj (1)

Księga Gości