W Ich związku najpiękniejszy był bezsprzecznie wspólny brak pamięci długotrwałej.
To z tej cudownej przypadłości wypadały wszystkie wspólne poranne śniadania do łózka, następujące zazwyczaj po burzliwych kłótniach; upojne noce następujące po dniach cichych; wspólne trzymanie się za ręcę na spacerach, tymi samymi dłońmi, które godzinę wcześniej służyły do ciskania wazonami o ścianę.
To dzięki temu Ona pozwalała Mu wracać do siebie raz, za razem (a On popełniał nieustannie te same błędy); z niej wynikały Jego rzewne przeprosiny, gdy wreszcie umykało Mu z pamięci to, że przecież nie zdarza Mu się ustępować.
Dzięki temu wciąż pozostawali razem, wciąż roześmiani, On - głaszcząc Ją po policzku, Ona - przeczesując dłonią jego włosy.
Czasami, gdy zasiadał na krawędzi swojego balkonu, zdawało mu się, że to wszystko to może jednak być miłość.
Ale nie - to przecież to może być prawda.
To wszystko przez tę cholernie słabą pamięć.
Pisarz tym razem siedzi na biurku.
W ustach gryzie ołówek, kartki - ułożone zadziwiająco schludnie na teksturowej podkładce na jego kolanach, pokryte zostały literami kreślonymi szarym atramentem.
Czas płynie.
Pisarz zastanawia się dziś nad wieloma rzeczami.
Nad starymi kochankami i nowymi przyjaciółkami.
Nad fenomenem zakazanego owocu i zdrady.
Nad sobą.
Przede wszystkim - nad sobą.
Otwarta butelka vermouthu dogorywa porzucona na ziemi. Dostał ją w prezencie, ale już nawet nie pamięta, od kogo. Ostatnimi czasy zaczął się nawet oszukiwać trochę bardziej - przed lustrem wciąż spogląda na siebie z nieskrywaną pogardą, gdy widzi papierosa wetkniętego za ucho i koniuszek zapalniczki wychylający się z kieszeni marynarki - prawdziwy problem kryje się jednak w opróżnionych kieliszkach i szklankach, które z uporem maniaka pozostawia w najróżniejszych kątach swojego mieszkania (w szczególności - w wannie) - choć przecież nie zdarza mu się pić w domu.
Dziś nie pisze o Niej. Przestał o Niej pisać, gdy wreszcie wyleczył się z tragedii ludzkiego odchodzenia, z niespodziewanej i nieuchronnej śmierci, ze smutku przemijania. Trwało to zdecydowanie za długo (choć przecież tak trzeba), zbyt śmiało, zbyt wylewnie. Teraz jest już spokojny i stonowany. Ona jest brunetką (choć on podobno woli blondynki), jest inteligentna i piękna.
On jest oszustem i manipulantem. Ponoć cholernie inteligentnym, choć to tylko poza - on temu wiary nie daje (co dziwne, bo z jego zadufaniem w sobie może konkurować tylko jego niewierność), ponoć - jest w nim nawet coś pociągającego - ta magiczna plątanina nieciekawych elementów i składników, które w sumie budują obraz fascynujący i oryginalny (a w życiu nie ma przecież niczego gorszego, niż przeciętność).
Dzisiejszego wieczora pisarz zadaje sobie (może właściwie - stara się sobie zadać, od ostatnich kilkunastu minut spod jego palca nie wypłynęła chociażby jedna litera) jedno, proste pytanie.
"Kim jestem? [obwieszcza ze strachem pierwsza strona ułożonego stosu]
Tym infantylnym, wiecznie roztrzepanym chłopakiem (facetem?) o ciętym, ale dziecinnym dowcipie, szalonym usposobieniu i raczej oportunistycznym podejściu do każdego jej słowa? Tym słodkim, na pozór niewinnym człowiekiem, spokojnym, który nie skrzywdziłby muchy, ciepłym i wyrozumiałym? Wieczorami - zaspanym i zabieganym?
Czy może tym drugim - tym, którym staję się po nocach, w każdej chwili zabawowego szaleństwa - egocentrycznym dupkiem («on jest dupkiem, bo chce być dupkiem» - touché!), nie stroniącym od alkoholu i kobiet, zakręconym w tangu i w swoim szaleństwie, spontanicznym, ale raczej - krzywdzącym ludzi. Opryskliwym i mówiącym z tym irytującym, sztucznym akcentem, z którym pewnego ranka obudził się w kraju zachodnich sąsiadów. Tym, wygłaszającym libertyńskie poglądy o życiu, seksualności i łóżkowych trójkątach."
Pozostaje tylko kwestia odpowiednio postawionego pytania -
czy nie powinno brzmieć bardziej:
Którym chciałbym być?
Cechuje nas niesamowity dar do popadania w świat iluzji i czarów. Mistyfikacji. Wynika to chyba z naszej fascynacji i zapału do nadawania nazw i oblekania w ramy definicji wszystkiego, z czym przyszło nam się zetknąć po raz pierwszy.
Przyspieszone oddechy i nerwowe bicie serca zwykliśmy na przykład nazywać - miłością.
Uczucie pustki i niemoc znalezienia dla siebie miejsca we własnych czterech ścianach w chwilach samotności - tęsknotą.
Błędy...
Błędy zwykliśmy z grymasem kapitulacji na twarzy zamiatać pod dywan, po cichu, tak - by nigdy juz więcej nie musieć o nich mówić.
Rozczarowania wynikają w sporej mierze z dysonansu pomiędzy tym, co sobie akurat uroiliśmy, a tym, co stanowi (przynajmniej na pozór) obiektywną rzeczywistość. Skonfrontowania ze smutną koniecznością spojrzenia prawdzie w oczy dostrzegamy wreszcie nierealność świata, w którym się dotąd obracaliśmy.
Niestety - czasami różnice, które zauważamy z opóźnieniem przerażają nas tak bardzo, że boimy się nawet nakierować nasze życie na właściwy tor.
Nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego, ale kobiety nieustannie przywodzą mi na myśl kolory atramentu.
K., dla przykładu - była jak indygo. Skrywała w sobie nutkę czarnej tajemnicy i zielonego zepsucia. Niczym linia kreślona cienką stalówką na kartce, początkowa była nijaka, mieniła się feerią nieciekawych odcieni z przewagą żółci; by po czasie zdobić stronę majestatyczną, oryginalną linią - zadziwiająco ułożoną, jak na zespół odcieni składowych.
Niestety - z indygo po latach blaknie czerń, a gorycz zieleni pozostaje o tyle przeciętna, o ile nieznośna.
J. bez wątpienia była niebieskim. Niebieski to kolor zadziwiający - pospolity, a przy tym na tyle efektywny, że ludzie lgną do niego i zachwycają się szablonowo lekkim zawijasem wypisanym na kartce. Problem z niebieskim atramentem jest taki, że choć bez wątpienia piękny, w końcu się nudzi - a zafascynowany dotąd pisarz nagle zdaje sobie sprawę z faktu, że kolor, który wziął za bajecznie intrygujący, w istocie nie różni od setek innych wypełniających cudze kałamarze.
O niebieskim, po czasie, można powiedzieć tyle, że kiedyś wypełniał nasze pompki i kartridże, a potem - przeminął, gdy odkryliśmy kolory ciekawsze, pełniejsze.
A.* miała w sobie coś z radości czerwieni. Czerwień jest kolorem niezwykłym - każda uczyniona nią kreska początkowo wydaje się nierówna, szalona, a przy tym - tak ciepła i promienna, że nie sposób nie zwrócić na nią uwagi - o ile tylko jest się na tyle wytrwałym, by wpatrywać się w stronę wystarczająco długo - jaskrawa czerwień męczy wzrok i razi.
Czerwień, gdy płowieje, przybiera barwę ciemniejszą - z biegiem czasu blakną światła i pozostają tylko cienie, a to, co było początkowo w czerwieni fascynujące - odchodzi, jak i kolor matowieje, gdy czerwień przemienia się w burgund (a szkoda). Ten zaś jest zdecydowanie zbyt chłodnym kolorem, by szukać w nim wrażenia dawnej czerwieni.
Ż. nieodmiennie kojarzyć będzie mi się z tuszem o kolorze szarym. I nie chodzi tu (tylko) o to, że ze wszystkich kolorów atramentów ten zawsze darzyłem szczególnym sentymentem i wśród palety barw zawsze stanowił mój ulubiony. Szary to kolor majestatyczny - pełny niesztampowej elegancji i wdzięku. Nietypowy, rzadko spotykany, wyszukany. Atrament to chłodny, ale zarazem magnetyczny - wywołujący na ustach czytelnika grymas zdziwienia - skąd pisarz był w stanie tak niezwykły kolor wydobyć. I choć szary na pierwszy rzut oka może wydawać się jednolity - nie sposób po dłuższym badaniu dojść do wniosku, że oto mieni się on się on całą paletą odcieni składowych. Są w nim żółcie (choć jest ich niewiele), punkty ciemniejsze, niemalże czarne. Odbija się w nim nutka pomarańczy (która nie razi podobnie jak czerwień) i odcienie ziemi.
Szary atrament jest w istocie niezwykły.
Uwielbiam nim pisać.
-------
* - wszelka zbieżność z A. z notatki #123 (117) czysto przypadkowa.
Z poniższych słów, prócz niewielkich korekt odnośnie dostosowania dialogu literackiego do kształtu notatki z bloga, ani jedno słowo nie jest moje, wszystkie zaś należą do Oscara Wilde'a.
"Ludzie, którzy tylko raz w życiu kochają, są właśnie prawdziwie płytcy. To, co oni nazwyają wiernością, ja nazywam osłabiającym wpływem przyzwyczajenia lub brakiem wyobraźni. Wierność jest dla życia uczuciowego tym, czym stabilizacja dla życia intelektu - mianowicie przyznaniem się do niepowodzenia. Wierność? (...) Mieści się w niej namiętność posiadania. Mieści się w niej wiele rzeczy, które byśmy chętnie odrzucili, gdybyśmu się nie obawiali, że je podniosą inni."
Sonny (choć właściwie powinienem był napisać: Süleyman) jest bohaterem entropicznym.
Nie zaznawszy kary Lady Macbeth; naznaczenia rodzimego dla Balladyny; wolny wreszcie (a może przede wszystkim) od klątwy Dorianowej - ustawicznie i nieodwracalnie zmierza w kierunku swej autodestrukcji. Wierny ideałom Arystypa, którego nauk znać przecież nie mógł i nie może; w duchu hedonizmu i cyrenaików zatraca się w życiu codziennym, przyjemności uznawszy za dobro najwyższe.
Zbyt wcześnie, by zrozumiał, że istnieje tak duża różnica pomiędzy przyjemnością, a szczęściem.
Zadufany w sobie, skłonny do uzależnień i używek - zwłaszcza alkoholu i pięknych kobiet; zbyt wcześnie, by mógł uświadomić sobie, że jest pijakiem, a jego codzienne zapewnienia o porzuceniu picia to nic innego, niż mrzonki.
Prędkość, przepych i taniec.
Rozpęd, zapomnienie i pewność siebie.
Zdrada, adrenalina i miłość.
Wolność.
Swoboda.
Swawola.
I choć Sonny pozostaje świadom smutnej konieczności wyborów (w końcu toczy się w Nim wewnętrzny dramat oportunisty!); choć przewiduje częściowo przyszły rozwój wypadków - stara się pozostawić troski daleko w tyle (obok?) - tkwi w tym jakaś nuta obawy.
Sonny obawia się, że drogi, którymi podąży, będą zgubne.
Lecz wydaje mu się to nie przeszkadzać.
W końcu chwile ulotne mogą radości dać bezsprzecznie najwięcej,
a pokusom tak ciężko odmówić.
Sonny - esteto - Ty draniu pozbawiony asertywności wobec whisky i pięknych kobiet.
Dziś o czternastej wróciłem z wyczekiwanych wakacji.
O piętnastej dowiedziałem się, że mój Znajomy (nienawidzę tego, że kultura portali społecznościowych zdegradowała słowo znajomy do desygnatu kogoś, kogo ma się tylko na przydługiej elektronicznej liście - i tyle - nic więcej; zwłaszcza, że nie przepadam za słowem kolega) popełnił samobójstwo.
Mój Znajomy nie żyje, a jego pożal się panie Boże (tak, tak - wciąż pamiętam o tym, że Cię nie ma; spokojnie) przyjeciele umieszczają nowe filmy na swych stronach głównych, czy jak tam je zwą; szczęście, że zostałem poinformowany telefonicznie.
Z reguły nie cierpię pogrzebów, a w szczególności sytuacji, w której się teraz znalazłem.
Znałem Go jako żywego człowieka; a On już nim nie jest; a jednak - chyba istnieje zakopana (choć słowo to wydaje się tu zdecydowanie nie na miejscu) gdzieś głęboko - nuta przyzwoitości która nakazuje pojawić się i odstać swoje w ostatnim kondukcie milczenia.
"Odstać", cholera - nie sądzisz A. - że to tak strasznie niewiele w obliczu szumnego ostatniego pożegnania?
Pożegnania Kogoś, Kogo w sumie ledwie się znało - bo cóż więcej można powiedzieć o koegzystencji w liceum, wypitych wspólnie w pubach piwach, kilku wycieczkach i zbereźnych dowcipach na szkolnym korytarzu? Cóż można powiedzieć o trzech latach sporadycznych (wręcz - znikomych) kontaktów, gdy nagle człowiek dowiaduje się - że ktoś, kogo się tylko trochę znało - i to jest w tym wszystkim chyba najgorsze - ta "troszka znajomości": wszak nikt bliski - po bliskim smutek byłby chyba uzasadniony, a kondolencje i żal szczere - umiera w takich okolicznościach.
Czy można w tej sytuacji zrobić dla Niego coś więcej, niż po prostu "odstać"?
Czy tylko tyle w tym wypadku nie oznacza czasem - "aż"?
-------
Czerwień będziecie mi musieli wybaczyć.
Podkreślając wyższość drugiego czytania nad impulsywnymi wiadomościami.
A. zrozumie różnicę.
Czas najwyższy
przestać bać się
wielkich słów.
Czasami jeden człowiek,
może,
swym banalnym postępkiem
zrujnować wiele.
Problemy dzielą siętylko na dwie grupy.
Więc nie ma co się przejmować.
Grecja (na łeb na szyję leci,) upada.
Hiszpania w buncie, młodzi ręce w geście protestu wznoszą do nieba.
Francja i Włochy się boją, one będą następne w kolejce.
Schengen staje się fikcją.
Imigranci - wrogami;
Stabilność - marzeniem, a frank --
O franku szwajcarskim nie ma co mówić.
Ekonomiści (choć nie tylko rzecz jasna), którzy problem przed kilkunastoma miesiącami; przed kilkuma laty - zamietli pod dywan - chowają głowę w piasek, obserwują - powolny upadek, chaos i szaleństwo.
Sto
Trzydzieści
Miliardów.
And counting.
Czytając gazety;
nareszcie zacząłem wierzyć słowom, w które dotąd -
w związku z brakiem wielkiej wojny i jakiejkolwiek poważnej rewolucji -
nie przyszło mi dawać żadnego znaczenia:
Dzięki Ci Boże,
że przyszło mi żyć
w ciekawych czasach.